O wystawie
Wygaszeni i (czy) my
Patrząc na najnowsze, monumentalnej skali obrazy Jakuba Leniarta, myślę o dokonującej się przemianie: takiego świata jeszcze nie widzieliśmy.
Nie widzieliśmy tych kolorów, konsekwentnych, jednorodnych i nieoczekiwanych. Utrzymane w konwencji fotorealistycznej obrazy zaskakują oranżową gamą. Jakby z palety zniknęły wszystkie inne kolory. Zostały tylko oranże i czernie. Czyżby wszystko działo się o zachodzie słońca lub w świetle ognisk lub pochodni? A może został nałożony jakiś barwny filtr? Malarz chciałby rozpylić w galerii zapach dziegciu – smołowy, gorzkawy, ciemny – podobny do zapachu wygaszonego ogniska, więc może to właściwy trop?
I jeszcze ten nieoczywisty, zagadkowy tytuł, którego autor nie wyjaśnia – „Wygaszeni”. Kim są owi wygaszeni? Mnie przyszło do głowy, że to ludzie żyjący w czasach niemożności emocjonalnej, że naleźliśmy się w czasach po końcu miłości. Oddzielni, wyseparowani, zostawieni sobie, zawieszeni w tym dziwnym momencie dnia, czy może między dniem i nocą. A może takie światło zawsze świeci w świecie „wygaszonych”. Może to światło z innej galaktyki. Może to światło jakiejś innej, nowej, nieznanej wersji Lemowskiego „Solaris”. Może to światło bijące z owego planetarnego oceanu, oddziałujące na nasze odczucia i emocje...
A może to całkowita bzdura wynosić te historie w kosmos i przyszłość? Może one dzieją się na naszych oczach tu i teraz, wręcz może dotykają również nas samych? Może to nasze historie, tylko nigdy nie widzieliśmy ich dotąd w takim oświetleniu, w takich barwach. Może to ta nieoczekiwana tonacja obrazów wypycha moje myśli gdzieś w kosmiczną nieokreśloność, zamiast zostać na ziemi i wśród żywych, choć być może „wygaszonych”?
Bogusław Deptuła